Antoni Bolek z Załęża - amator o artystycznej duszy doceniany przez profesjonalistów

Bogdan Hućko
Udostępnij:
Najbardziej ceniony artysta nieprofesjonalny na Podkarpaciu Antoni Bolek z Załęża jest samoukiem. Laureat wielu konkursów regionalnych i ogólnopolskich edukację zakończył na szkole podstawowej. Rodziny nie stać było na posłanie go do zakopiańskiego liceum.

Za pracownię służy mu już od 45 lat stara stajnia, którą kupił w Woli Dębowieckiej, przeniósł i postawił obok rodzinnego domu. To ulubione miejsce, gdzie także odpoczywa, ucieka przed zgiełkiem współczesnego świata. Wiele osób nie może uwierzyć, że jest samoukiem. Najbardziej znany artysta nieprofesjonalny na Podkarpaciu - rzeźbiarz i malarz Antoni Bolek z Załęża, wsi sąsiadującej z Osiekiem Jasielskim, do świata sztuki trafił w bardzo prosty sposób - swoje pierwsze małe arcydziełka robił z korzeni i ...puszczał na wodę w Wisłoce. Z nurtem rzeki trafiały do przypadkowych różnych osób, często zaskoczonych pływającymi rzeźbami, wyławianymi z rzeki. W młodości chodził kąpać się nad Wisłokę.

- Zawsze miałem scyzoryk w kieszeni. Nad Wisłoką były przepiękne korzenie. Robiłem z nich różne rzeczy. Jak coś wystrugałem, to puszczałem na wodę. I tak to się zaczęło - śmieje się 75-letni Antoni Bolek. Wtedy gdy siedział nad Wisłoką i widział w korzeniach to coś, czego nie dostrzegali inni, nie przypuszczał, że będzie to jego sposób na życie, że struganie nożem, dłubanie dłutem czy wycinanie w drewnie przyniesie mu sławę, da satysfakcję, pozwoli zwiedzić prawie całą Polskę.

Jemu, chłopakowi z Załęża, gdzie w domu się nie przelewało, marzyła się po cichu nauka w Liceum Sztuk Plastycznych im. Antoniego Kenara w Zakopanem. W szkole w swojej rodzinnej wsi najlepszy był z rysunku. - I najgorszy z innych przedmiotów - śmieje się po latach na samo wspomnienie. Nie wiadomo czy mówi tak z przekory, czy tak było naprawdę. Edukację zakończył na szkole podstawowej.

- Bieda była jak cholera. Nie stać nas było na wynajęcie mieszkania w Zakopanem. To były trudne lata, powojenne. Trzeba było pomagać mamie w gospodarstwie, bo ojca prawie nigdy w domu nie było. Handlował bydłem, jeździł, jak to w dawnych czasach, biło się w rękę przy zakupie czy sprzedaży, a potem opijało zakup. Ojciec był jak wagabunda. Siostry w szkole, brat poszedł do wojska i już na gospodarkę nie wrócił. Ktoś musiał pracować

- opowiada artysta.

Do liceum w Zakopanem nie poszedł, ale zamiłowania do rysunku czy strugania w drewnie nie zaprzestał. Nie żałuje, że nie skończył „kenarówki”. - Tam są określone kierunki, a tutaj robię co chcę - dodaje.

Od korzeni do nagrody

O korzeniach, którym młody Antek nadawał artystyczny sznyt nad Wisłoką, wyławianych z rzeki, zaczęło być głośno. Z ust do ust przekazywano sobie informacje, że niejaki Bolek z Załęża takie cuda puszcza z wodą. Informacja dotarła do Powiatowego Domu Kultury w Jaśle. Zapisał się na zajęcia plastyczne, chciał poznać techniki malarskie, bo już wtedy lubił malować wiejskie pejzaże, domy, zagrody, kościoły i ulubioną rzekę Wisłokę.

- Pani Lodzia Dybaś z domu kultury zgłosiła mnie na konkurs rzeźbiarski do Nowego Sącza. Był to chyba 1972 rok - zastanawia się twórca, bo nie przywiązuje większej wagi do dat, nagród czy wyróżnień. Jeden z pierwszych dyplomów, z cienkiego papieru, złożony niczym list, dosyć mocno uszkodziła mysz w pracowni. - Było tego dużo, kto by to spamiętał - macha ręką artysta. - Porządkowała te papiery w moim warsztacie etnograf z jasielskiego muzeum Adrianna Napiórkowska-Bek - dodaje.

Wtedy w Nowym Sączu został dostrzeżony. Jego prace trafiły na wystawę pokonkursową.

- Na pewno zrobiłem wtedy ekonoma, takiego z brzuchem oraz kulawego w tańcu. Nawet mi wyszedł. To było chyba pięć rzeźb. Dostałem nagrodę, bardzo się ucieszyłem. I dostałem weny

- śmieje się z wyraźnym dystansem do siebie i tego co robi. - Po tej nagrodzie zacząłem rzeźbić - dodaje już na poważnie. Mówi o sobie z dumą, że jest samoukiem. Nikt w rodzinie nie miał wcześniej takich zdolności, zacięcia do rzeźbienia czy malowania. - Jedynie wujek z mamy strony robił młynki, wiatraczki, tańczące lalki, strugał różności w drewnie, ale wyjechał do Ameryki - dodaje.

Wiejskie klimaty

Droga do kariery twórcy ludowego stanęła przed talentem z Załęża otworem. Miał mocne wejście, wręcz przebojem wdarł się do światka sztuki. Zrobił błyskawiczną furorę. Zachwycali się nim etnografowie, ale też - trochę w skrytości - profesjonalni artyści, absolwenci akademii sztuk pięknych. Po cichu zazdrościli. Rok później po sukcesie w Nowym Sączu, zdobył pierwszą nagrodę w jasielskich konfrontacjach plastycznych. W następnych latach zgarniał kolejne nagrody w regionalnych i ogólnopolskich konkursach sztuki ludowej m.in. w Rzeszowie, Rabce, Warszawie, Toruniu, Kolbuszowej, Kraśniku, Krośnie, Wrocławiu czy Nowym Sączu. Z wyróżnieniami wracał z prestiżowego Wojewódzkiego Biennale Rzeźby Nieprofesjonalnej im. Antoniego Rząsy w Rzeszowie. W ten sposób budował i utrwalał swoją markę - najbardziej znanego artysty nieprofesjonalnego na Podkarpaciu. - Chyba we wszystkich konkursach rzeźby ludowej brałem udział - zaznacza. Inspiracje do twórczości czerpał z otoczenia.

- Zawsze interesowały mnie wiejskie prace, w polu, koszenie, żniwa, pasienie krów. Też pasłem. Interesowały mniej stare budynki, dwór, kuźnie, kowale. Kiedyś nie było telewizorów, to baby darły pierze, śpiewały. Miałem wtedy problem z wyrzeźbieniem ptaka, teraz już nie mam. Ojciec grał na skrzypcach, to robiłem skrzypka albo grającego na fujarce, harmonii, na cymbałkach, na bębnie, który był używany tylko na weselach. Robiłem basistów, całą orkiestrę. Typowo ludowe rzeźby. Lubię muzykantów, bo w naszej rodzinie są muzykanty, też gram na skrzypcach i harmonijce ustnej, próbowałem na harmonii, ale mi nie wychodzi

- opowiada. - Uważam, że rzeźbiarz ludowy to jest ktoś, kto nie jest po szkole, nie jest profesjonalistą, nie ma studiów, samouk, sam się nauczył, podpatrzył jak się to robi. I żeby w rzeźbach nie było odpowiednich proporcji - głowa duża, nogi krótsze - doprecyzowuje definicję sztuki ludowej.

- Interesuje mnie wszystko. Także malarstwo, akwarele. Spodobała mi się akwarela, lubię to niestety - uśmiecha się Antoni Bolek. - Jeździłem po terenie i szkicowałem stare budynki, zabytkowe domy. Malowałem też kwiaty.

Plenery i konserwacje w kościołach

Zaczął uczestniczyć w plenerach ogólnopolskich. Na pierwszy pojechał do Szamotuł, gdzie wykonał dwumetrową rzeźbę „Ucisk chłopa przez pana”. Potem była Białka koło Parczewa, Ostrów Lednicki, Parczew, Szamotuły, Kozienice, Grójec. Rzeźbił w Turku, Turnie i Kołaczkowie koło Wrześni oraz w Jaśle. - Zawsze prowadził je profesjonalista. Mieliśmy jechać do Austrii, ale Jaruzelski zrobił wojnę i nic z tego nie wyszło. Kolega wtedy przez obóz przejściowy uciekł do Kanady. Na plenerze w Jaśle zrobiłem muzykanta. Dyrektor domu kultury Marian Sobel trochę bał się organizować, ale dał się namówić i plener był bardzo udany. Jasło to tak trochę traktuję jak dom - wspomina.

Jego zdolności dostrzegli konserwatorzy zabytków i coraz częściej zlecali różne prace do wykonania w kościołach poddawanych renowacji. Współpracował z konserwatorami z Nowego Sącza, Tarnowa, Krosna. A wszystko zaczęło się w 1976 roku podczas renowacji kościoła w Załężu. - Zwerbował mnie i puściłem się z nim w Polskę. Robiłem po kościołach, kapliczkach, starych domach. Przy okazji dorabiałem brakujące części do ołtarza, między innymi figury. Czasami trzeba było coś skopiować. Napatrzyłem się na różne style - opowiada. - Konserwatorzy i złotnicy przywożą do mnie brakujące części, dorabiałem konserwatorowi z Tarnowa, koło Krakowa ukradli aniołki, koło Rzeszowa znów jakieś figurki. Kradną ludzie na potęgę z kapliczek stare figurki - mówi z wyraźną dezaprobatą.

Twórca postaci świętych

Zainteresowania miał proste, wiejskie, nie sakralne, a teraz kojarzony jest jako rzeźbiarz kościelny. - Ksiądz księdzu donosił i tak się to rozeszło. Saletyni z Dębowca zainteresowali się tym co robię. Chcieli stacje drogi krzyżowej, zrobiłem im według projektu. Potem figurę Maryi, która noszona jest w procesji oraz Jezusa wysokiego na 2,60 m. Dziurę robiłem w suficie, bo się nie zmieścił - pokazuje na powałę w pracowni.

Antoni Bolek mówi, że ciągle spływają zamówienia od okolicznych proboszczów. W kościele w Załężu wszystkie postacie świętych są jego autorstwa. Rzeźby znajdują się w wielu świątyniach w regionie oraz w Polsce, a nawet w Kanadzie. Za wielką wodę trafiła figura świętego Antoniego. - Nie powinien chodzić do kościoła, bo zawsze widzę niedoróbki w swoich rzeźbach, święci albo są za bardzo podobni do siebie, a nie powinno tak być, albo najchętniej bym coś zmienił, inaczej to wykonał - nie kryje swoich dylematów artysta.

Pracownia w dawnej stajni

Najczęściej wykonuje rzeźby z drewna lipowego. - Grusza ma ładny kolor, ale musi być dobrze wyschnięta, dobrze się tnie, nie kruszy się, jest super. Dobrze się robi w jabłoni, ale jest makabrycznie twarda. Także ze świerka, ale jak wyschnie, to nie pęka. Wiśnia trochę się łuszczy, ale polne czereśnie czy trześnie są super na piszczałki, flety - zdradza tajniki surowca.

- Jak zobaczę klocek drewna to wiem co mam robić, widzę gdzie przyciąć, dociąć. W głowie mam pomysł. Najlepsze są proste cięcia dłutem ręcznym, wtedy nawet widać na twarzach wszystko - starość, smutek, radość - podkreśla. Antoni Bolek mówi, że już mniej pracuje, sił nie starcza, lata robią swoje. - Gdy byłem młodszy, to Frasobliwego robiłem w jeden dzień, na drugi wykończyłem, teraz to już cztery - pięć dni mi schodzi

- wskazuje na rzeźbę Chrystusa.

Zapisuje sny i wykonuje to co mu się śniło. Tak powstała rzeźba ukazująca wniebowstąpienie Chrystusa. W innym jego śnie Matka Boska szła od strony Woli Dębowieckiej. Wykonał figurę Maryi. - Tak się spodobała ludziom, że zaraz trzy rzeźby musiałem robić - mówi. Nie o wszystkich snach chce mówić, ale przywiązuje wielką uwagę do szczegółów widzeń sennych.

Za pracownię służy mu już od 45 lat stara stajnia, którą kupił w Woli Dębowieckiej, przeniósł i postawił u siebie obok rodzinnego domu. - Trzy miesiące budowałem, Stoi na czterech słupach - pokazuje na sędziwe ściany. Przychodzi do zagraconej rupieciarni z przyjemnością. - To odskocznia dla mnie od zgiełku. Tutaj się wyciszam, dobrze czuję, nawet jak pracuję, to odpoczywam. Nie zmuszam się do niczego. To moje życie - mówi wyraźnie zadowolony, głaszcząc psa Batonika. Przygarnął wywiezionego i zostawionego na pastwę losu miłego jasnobrązowego mieszańca. Kończy właśnie rzeźbić Matkę Boską do kapliczki swojego kuzyna w Świerchowej, któremu ukradli rzeźbę z XVI wieku. - Kto to słyszał, żeby się chwalić, że ma się rzeźbę z XVI wieku. To głupota - nie kryje oburzenia. Nową rzeźbę odtwarza na podstawie zdjęcia skradzionej zabytkowej figury. - Postać Maryi jest ludowa, ale twarz nie. Była smutna, teraz będzie uśmiechnięta - dodaje, wykonując delikatne cięcia dłutem.

Jego prace znajdują się w wielu muzeach i zbiorach prywatnych. W domu nie ma nic. - Kiedyś całą moją wystawę, którą miałem w domu kultury, kupił jakiś pan z Katowic. Prosił, co miałem zrobić. Przyjechały siostry z córkami. To im się podobało, tamto i zabrały - tłumaczy. Remontuje swój domek. - Wreszcie zrobię sobie galerię, tam w górze - pokazuje na poddasze. - Jeszcze zdążę, cały czas coś robię - dodaje jakby na usprawiedliwienie. Zapisanych snów ma sporo.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Dwaj Panowie Pingo - wystawa malarstwa Kołpanowicz&Cruz

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Nasze Miasto
Dodaj ogłoszenie