„Piona”. Chłopak z Jasła może podbić piłkarski świat [ZDJĘCIA]

Jakub Hap
Jakub Hap
28 marca 2021 roku 20-letni Kamil Piątkowski, jako pierwszy po drugiej wojnie światowej piłkarz-jaślanin zadebiutował w drużynie narodowej. Namówiliśmy jego rodziców, Sławomira i Agnieszkę, by opowiedzieli historię syna, który udowadnia, że nie ma rzeczy niemożliwych. Niespełna dwa lata temu, gdy był zawodnikiem trzecioligowych rezerw Zagłębia Lubin, gwiazdy polskiej kadry znał tylko z telewizji. Teraz gra z nimi w jednym zespole.

Jeszcze to do nas nie dociera - mówi Sławomir Piątkowski, gdy pytamy, co czuje rodzic 20-latka z małego Jasła, który niedawno kopał piłkę z kolegami przy szkole na osiedlu Sobniów, a teraz wychodzi na boisko ramię w ramię z Robertem Lewandowskim. Który ubiera koszulkę z orzełkiem, a jego sportowym poczynaniom przygląda się cała Polska. Który spełnia marzenie, jakie mają, miały i będą mieć tysiące chłopców znad Wisły.

- Gdy niedzielny mecz się zakończył, zapytałem żony, czy zdaje sobie sprawę, w jakiej drużynie nasz Kamil zagrał. Naprawdę trudno nam uwierzyć, że to się stało

- podkreśla tata Kamila.

O tym, że syn wybiegnie w pierwszej jedenastce podczas meczu przeciwko Andorze w ramach eliminacji do Mistrzostw Świata, państwo Piątkowscy dowiedzieli się dwie godziny przez pierwszym gwizdkiem. Stresowali się, nie kryją tego. Przed telewizorem zasiedli z nimi bliscy, m.in. kuzyn, były lider siatkarskiej drużyny MKS MOSiR Jasło Kuba Procanin, jego dziewczyna oraz synek. I oczywiście 12-letnia siostra Amelia. Wszyscy mocno trzymali kciuki, choć pani Agnieszka, tradycyjnie nie oglądała meczu na żywo. Śledziła wynik z kuchni, dopytując, czy Kamil daje radę, czy wszystko z nim w porządku.

- Walczyłam z nerwami robiąc pizzę

- śmieje się mama zawodnika.

- Mąż nagrał mi spotkanie, obejrzałam je później, gdy emocje nieco opadły. Zawsze tak robimy. Oglądając powtórkę, nawet jeśli wiem, że drużyna syna przegrała, przynajmniej mogę być pewna, że jest cały i zdrowy

- opowiada Agnieszka Piątkowska.

">

Ostatnie miesiące były dla wychowanka UKS 6 Jasło (założyciela tej szkółki, a zarazem trenera Artura Tomaszewskiego zainteresował 8-letnim Kamilem jego wuefista, Ryszard Skuba) przełomowe.
Po tym, jak beniaminek Ekstraklasy, Raków Częstochowa wyciągnął go z rezerw lubińskiego Zagłębia przebojem wdarł się do pierwszej jedenastki drużyny Marka Papszuna. Potrzebował niewiele czasu, by zyskać miano ostoi jej bloku defensywnego. Świetna, równa forma 20-latka poskutkowała tym, że zaczęły się nim interesować kluby zagraniczne. A powołanie dotychczasowego młodzieżowego reprezentanta Polski (drużyny U-15-U-21) do tej najważniejszej, „dorosłej” kadry, dla śledzących ekstraklasowe rozgrywki pozostawało kwestią czasu. Zwłaszcza gdy w lutym podpisał kontrakt z mistrzem Austrii, FC Red Bull Salzburg, dzięki czemu Raków zainkasował 6 mln euro. Jednak niewielu spodziewało się, że debiut Kamila w drużynie narodowej nastąpi tak szybko, jeszcze przed wyjazdem do Austrii (dokończy sezon jako zawodnik Rakowa na zasadzie wypożyczenia, do Salzburga uda się latem). Szansa, jaką otrzymał od selekcjonera biało-czerwonych, Portugalczyka Paulo Sousy, była ukoronowaniem pasma ostatnich dokonań i sukcesów. I nawet samemu Piątkowskiemu ciężko jest uwierzyć, że to wszystko nie jest snem - co niejednokrotnie podkreślał w wywiadach.

Kluczowy miesiąc w Lubinie

Ale kto wie, czy dziś w ogóle kopałby jeszcze piłkę, gdyby jego tato kilka lat temu zrobił to, o co Kamil poprosił. Jako zawodnik akademii Zagłębia, gdzie po ukończeniu Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Krośnie, trafił z miejscowych Karpat, przeżywał chwile zwątpienia. Nie był już, jak w Jaśle czy Krośnie jednym z najlepszych, ale znów startował niemal od zera, rywalizując z wieloma innymi talentami. Nie szło mu, nie mógł przebić się do pierwszego składu w swoim roczniku.

- Któregoś dnia dzwoni i mówi, bym go stamtąd zabrał. Poprosiłem wtedy, by zadał sobie pytanie, czy traktuje tę piłkę na poważnie, i jeśli tak jest, żeby dał sobie jeszcze miesiąc, ciężko walcząc o swoje. Tak zrobił i opłaciło się. W Zagłębiu poczynił duży postęp, jednak w ekstraklasowej drużynie z Lubina nie otrzymał kredytu zaufania

- wspomina pan Sławomir.

">

Wbrew pozorom, droga na piłkarski szczyt jest wyboista. Sukces wymaga mocnej psychiki, samozaparcia, wielu wyrzeczeń. Kamil, uczęszczając już do szkoły w Krośnie, kiedy jako 12-latek mieszkał w internacie, do domu przyjeżdżając tylko w weekendy, uczył się samodzielności. Ale to pobyt w Lubinie, zwłaszcza w pierwszych miesiącach był prawdziwą szkołą życia. I weryfikacją determinacji do walki o marzenia. Gdy rówieśnicy korzystali z dobrodziejstw życia z rodzicami, on - 15-16 latek - dzielił pokój z kolegą z Dębicy w mieszkaniu wynajmowanym przez klub. 500 kilometrów od rodzinnych stron. Sportowo rósł w siłę, ale brakowało mu najbliższych. I vice versa.

- Gdy przyjeżdżał do domu, ponowne rozstania były ciężkie. Dla niego i dla nas. Tak jest do teraz, bo jako rodzina bardzo jesteśmy ze sobą zżyci. Siostra Kamila, Amelia (również uwielbia futbol, ale trenuje siatkówkę), przez długi czas nie mogła zaakceptować tego, że brat jest tak daleko

- zdradza pani Agnieszka.

Rodzice zawsze wierzyli w syna. Ale gdy stawiał pierwsze piłkarskie kroki, nie sądzili, że zajdzie tak daleko.

- Ja, jako zawodnik klubu z Sobniowa i Czarnych Jasło grałem przed laty na poziomie 3-4 ligi. Liczyłem, że Kamil osiągnie wyższy poziom, ale nie liczyłem na Ekstraklasę. Oczywiście wspierałem syna, jak mogłem, potrafiłem w weekend wstawać nad ranem i jechać kilka godzin do Lubina, żeby dodać mu otuchy, być blisko podczas meczu, ale jednocześnie - zdając sobie sprawę, jak ciężko jest przebić się z Centralnej Ligi Juniorów do najwyższej seniorskiej klasy rozgrywkowej - kierowałem się rozsądkiem. Widziałem go co najwyżej w 1. lidze, choć bardziej realny wydawał mi się powrót na Podkarpacie i gra w Stali Rzeszów czy Resovii, które - jak wiele innych klubów, również tych największych, jak Wisła Kraków czy Lech Poznań, wykazywały zainteresowanie synem. Ale pokazał charakter i w pełni zasłużył na to, co teraz osiąga

- nie kryje dumy Sławomir Piątkowski.

Artur Tomaszewski, pierwszy trener Kamila podkreślał w rozmowie z portalem Weszło, że choć spośród wszystkich jego podopiecznych obecny reprezentant Polski zaszedł najdalej, szkoląc się w UKS 6 (drużyna z „Pioną” w składzie zrobiła furorę na turnieju „Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku”) miał obok siebie kolegów, którzy wydawali się mieć większy potencjał. Kariery nie zrobili. Jeden gra dziś w 4. lidze, drugi w A-klasie (kolejno 6. I 7. poziom rozgrywkowy).

„Piona” osiągnął sukces, bo talent i szczęście do ludzi, którzy go w nim dostrzegli, a następnie pomogli rozwinąć, podparł ciężką pracą.

- Nie każdy nastolatek jest w stanie zrezygnować z rozrywek, wczasów z rodzicami, wypadów do kina z dziewczyną. Kamil już jako uczeń SMS-u nie miał czasu na takie przyjemności, bo albo miał treningi, albo mecze, albo turnieje, wyjeżdżał na kadrę Podkarpacia. Beztroskie dzieciństwo i rozwój sportowy nie mogą iść ze sobą w parze

- podkreśla Piątkowski senior.

- Piłka zawsze liczyła się dla niego najbardziej, ale pilnowaliśmy, by nie zaniedbywał nauki. Mówiliśmy: ucz się, bo jakby nie daj Boże w tej piłce nie wyszło, musisz mieć plan B. Dziś Kamil twierdzi, że gdyby nie grał, byłby wojskowym

- dopowiada mama piłkarza.

">

Co najbardziej imponuje rodzicom w synu? Są zgodni, że ma dobre serce, może nawet za dobre, bo gdy ktoś o coś prosi, nigdy nie odmawia. Mówi: dobro zawsze wraca. Jest uczciwy.

- Kamil zawsze był chłopakiem w miarę ułożonym, odpowiedzialnym. Nawet wtedy, gdy nie mieliśmy go na oku. Podoba nam się, że mimo tego, co dzieje się wokół niego ostatnimi czasy, pozostał sobą. Oczywiście zmienia się, ale plus. Dużo daje mu praca z psychologiem, dzięki niej imponuje pewnością siebie, dojrzałością, pozytywnym myśleniem. Nie przejmuje się nieprzechylnymi mu komentarzami w internecie, choć nas one denerwują i staramy się ich nie czytać

- mówi mama Piątkowskiego.

Podobnie jak mąż zaakceptowała już tatuaże syna, które czasem wytykają mu hejterzy. Dla pana Sławomira przez długi czas były solą w oku.

- Jak wykonał sobie pierwszy, mocno się zdenerwowałem, nawet się na Kamila obraziłem. U nas w regionie tatuaż wciąż kojarzy się poniektórym z pobytem w więzieniu, tymczasem w większych miastach, nawet w takim Lubinie są czymś powszechnym. Gdy zdałem sobie z tego sprawę, odpuściłem. Tatuaże nie świadczą o człowieku

- mówi tata 20-latka.

Wybrany spośród100 talentów

Państwo Piątkowscy nie mają wątpliwości, że decyzja Kamila o kontynuowaniu kariery w Salzburgu był słuszna. Został ponoć wybrany spośród stu kandydatów z różnych kontynentów, trener Jesse Marsch koniecznie chciał mieć go w swoim zespole.

- Ten klub nie ma w zwyczaju wydawać na zawodnika więcej niż 2 miliony euro. Przed zapłaceniem Rakowowi 6 milionów musiał dostać zielone światło od samego prezydenta Red Bulla. Ciężko w to uwierzyć, ale przed transferem ten człowiek, jedzący kolacje z takimi osobami jak Barack Obama, nie mający pojęcia, gdzie leży Jasło, osobiście rozmawiał z Kamilem podczas wideokonferencji, gdy syn był w Jaśle

- zdradza tata reprezentanta Polski.

Dodaje, że management 20-latka miał również na stole inne oferty, m.in. od AC Milan (do agentów Kamila dzwonić miał Paolo Maldini, legenda klubu, obecnie dyrektor w jego pionie sportowym), zainteresowanie młodym defensorem miały też wykazywać inne znane marki z Italii, chociażby Lazio Rzym, niemieckiej Bundesligi, a nawet francuski gigant - PSG. Jaślanin mógł też trafić do drużyn zza oceanu.

">

Okoliczności, w których podpisał umowę z RB Salzburg nie były jednak szczęśliwe. W drodze do Austrii Kamil dowiedział się o śmierci ukochanej babci. Był skłonny zawrócić, żeby uczestniczyć w pogrzebie.

- Przekonaliśmy go, żeby tego nie robił, bo za dużo osób pracowało nad transferem. Menadżerowie Marcin Lewicki i Maciej Zieliński są dla nas jak rodzina. Jednak faktem jest, że to, co działo się w Salzburgu miało dla syna słodko-gorzki smak. Pozując podczas sesji zdjęciowych musiał się uśmiechać, choć w środku mocno cierpiał. Jeszcze kilka dni wcześniej, będąc w Krakowie, mówił mi, że pomodli się za babcię, że wszystko będzie dobrze. Mocno przeżył jej śmierć

- mówi pani Agnieszka.

Rodzice Kamila nie mogą doczekać się końca pandemii. Chcieliby znów oglądać jego grę z trybun, zobaczyć z bliska w trykocie reprezentacji. Zapewniają, że będą jeździć do Austrii. Pragną być blisko syna. Tęsknią za nim. Mimo że mieszka jeszcze nad Wisłą, dom rodzinny, dziadków ze strony taty odwiedza średnio zaledwie raz na dwa miesiące. Na co dzień wspiera go dziewczyna Kasia, z którą związał się podczas pobytu w Lubinie. Razem zamieszkają w
w Austrii.

Podczas rozmowy z tatą i mamą Kamila w poniedziałkowy wieczór, zastanawialiśmy się, czy Paolo Sousa wystawi go do gry w środę na legendarnym Wembley. Gdy słaliśmy do druku ostatnie wydanie Faktów Jasielskich, w którym ukazał się ten materiał wiedzieliśmy już, że występ naszego krajana przeciwko Anglii jest wykluczony. Potwierdziły się doniesienia, że wynik testu na COVID-19, któremu został poddany jaślanin okazał się pozytywny. Z tego samego powodu 20-latek nie będzie mógł sprawić radości rodzicom, przyjeżdżając do Jasła na święta. A takie były plany. Sławomir i Agnieszka Piątkowscy ufają, że syn przejdzie wirusa łagodnie i wkrótce ich odwiedzi. Na razie odbierają mnóstwo gratulacji - SMS-owych, przez Messengera, od znajomych, sąsiadów na ulicy. Najbliższych piłkarza zainteresowanie ich rodziną nieco onieśmiela. Amelia odbiera internetowe wiadomości od nieznajomych, którzy pytają, czy jest siostrą tego Kamila.

- Jesteśmy normalnymi, prostymi ludźmi, wolimy pozostać w cieniu. Więcej wywiadów chyba też już nie będziemy udzielać. To nie dla nas, to rola syna

- kończą z uśmiechem rodzice pierwszego jaślanina w drużynie narodowej.


**ZOBACZ TAKŻE:

**

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie